Przereklamowane rzeczy na które tracisz czas

suseł

Niestety tak czasem jest, że spotykają się dwie osoby o odmiennych gustach i jedna z tej dwójki w bardzo dosadny sposób stara się polecić film, muzykę, ciasto, spektakl, danie główne, miejsce, itd.

Nie widzę w tym nic złego, bo to przecież dzięki takim zachowaniom poznajemy nowe możliwości i poszerzamy swoje horyzonty. Jestem jak najbardziej za pomimo, że już parokrotnie się przejechałam i generalnie można powiedzieć straciłam tylko swój czas, to nie żałuję, bo nie ma to najmniejszego sensu.

Gdyby nie koleżanka z pracy, która jest zauroczona filmem Uprowadzona (Pierre Morel – 2008), to pewnie do tej pory bym nie wiedziała, że taki film istnieje i to aż 3 (słownie: trzy) części. Ostatnią najnowszą część podobno można oglądać w kinach. Z tą Uprowadzoną  jest tak, że tyle mi o niej mówiła wychwalając prawie każdą najdrobniejszą scenę,
że w końcu postanowiłam ją obejrzeć. Rozczarowałam się. Może nie dlatego, że film był słaby, chociaż może i po części tak było. W końcu jest sprzed siedmiu lat. Tutaj chodziło raczej o to, że szukałam tych fantastycznych zapierających dech w piersi scen i ciągle czekałam na ten szok i efekt łaaaaaał. Niestety nie doczekałam się, bo cały czas czekałam. W taki sposób zdążyły pojawić się napisy, a ja poczułam straszne rozczarowanie. Nie, nie było fali goryczy. Tylko rozczarowanie. Z dziewczyną znam się już na tyle długo, że powiedziałam jej, co ja czuję po obejrzeniu jej ukochanego filmu. Przyjęła to wszystko z godnością i dodała żebym obejrzała sobie następne. Nie obejrzałam. Nie mam zamiaru. Ona to wie i ja to wiem. Nie polecam tego filmu dalej. Nie zrobię tego. Prędzej skończy się świat.

Niestety takie polecanie komuś czegoś nie jest ograniczone. Kilka lat temu zanim przeniosłam się do Krakowa, jakaś koleżanka mamy z pracy poleciła jej ciasteczka maślane z dodatkiem czegoś tam. Podobno jakiś tajemny składnik. Miała być rewelacja i niebo w gębie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile było zabawy z tymi głupimi ciasteczkami. Stałam wtedy w kuchni przez pół dnia i to pół dnia o którym mówię, nie wiąże się z brakiem zdolności kulinarnych, dwóch lewych rąk i zaginaniem czasoprzestrzeni. Ok, wystałam swoje i pamiętam jak dziś, kiedy resztką sił usiadłam w kuchni
z kubkiem gorącej herbaty, cała brudna w mące i wzięłam to cudowne ciasteczko do ust.

Nigdy więcej

Rosło. Rosło w ustach i nie dało się go przełknąć. Wyplułam. Było ohydne do granic możliwości. Dałam siostrze, tacie, mamie i psu. Pies tylko powąchał i popatrzył na mnie znacząco. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że do kosza, ale hmm moje jeszcze wtedy przeogromne ego nie pozwoliło na takie pochopne zachowanie i moja mama zaniosła puszkę
z ciasteczkami do pracy, żeby znawca mógł powiedzieć, co zepsułam. Okazało się, że są rewelacyjne i że jej nigdy nie wyszły tak doskonałe. Byłam w ogromnym szoku. Oczywiście połechtało mnie to do granic możliwości i poryczałam się ze śmiechu, bo upiekłam najsmaczniejsze, a zarazem najokropniejsze ciasteczka w swoim życiu. Oddaliśmy wszystkie, bo szkoda wyrzucać jedzenia. Fuj! Nie podjęłam się robienia ich po raz drugi. Przepis został oficjalnie spalony, żeby nam się kiedyś nie pomyliło.

Przyszedł czas na teatr

O Mayday słyszałam tyle i tak często, że bardzo chciałam to zobaczyć. Luby kiedyś powiedział i pewnie sam o tym nie pamiętał, że chciałby iść do teatru. Cudownie się złożyło, chciał iść to dostał bilety na podobno najlepszy istniejący spektakl. Grają go w końcu od 1998 roku, więc myślałam, że to będzie szaleństwo i że wyjdzie z bólem brzucha. Nie, nie wyszedł. Po raz kolejny wyszło, jak wyszło. Miało być świetnie, super i łaaał, ale nie było. Wiem, że jest to kwestia poczucia humoru i nastawienia, ale ja znowu jak przy uprowadzonej czekałam na ten moment. Nie wiem co dokładnie znaczył dla mnie „ten moment”, ale się go nie doczekałam. Nie było też tak, że ani razu się nie zaśmiałam. Właściwie, to najzabawniejsza była dla mnie końcówka w momentach kiedy pojawiał się Maciej Słota. Był rewelacyjny. Grał doskonale. I to chyba dzięki jego grze nie jestem skrajnie rozczarowana i jeśli ktoś mnie zapyta czy iść, to odpowiem: tak. 

Czasy teatru jakie pamiętasz z dzieciństwa, gdzie teatr był związany z przymuszeniem do tego by iść przez pół miasta
z całą klasą i oglądać szkolne lektury już dawno minął. Najwyższa pora żebyś odkrył teatr na nowo. Po latach. Przekonasz się, że nie jest to takie sztywne miejsce jakim je zapamiętałeś. Idź. Poważnie. Tylko ostrzegam, że w Bagateli bilety można dostać zwykle tylko na miesiąc do przodu, więc jeśli chcesz komuś zrobić rewelacyjny prezent, to musisz się zorganizować z tym dużo, dużo wcześniej.

Każdy ma swój smak, więc nie wciskaj mi smakołyków, które w twoim otoczeniu smakują tylko tobie. Ok?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>